
Na sam początek - przygotowania. Ostatnie przymiarki u krawca, wzruszenie najbliższych, pozytywne nerwy drużbów. Kwiaty, przybrania, mama krzątająca się po kuchni i dziesiąty raz zamiatająca tę samą - od dawna lśniącą podłogę. Tata, który nijak nie może zawiązać krawata, choć przecież z zamkniętymi oczami robi to każdego poranka od trzydziestu lat. Ostatnie odliczanie minut do rozpoczęcia wielkiej uroczystości. I w końcu jedna z najbardziej wzruszających, przepełnionych miłością chwil - błogosławieństwo rodziców.
Następnie udajemy się na ceremonię. Gram barwą i ujęciem. Podkreślam wzniosłość wydarzenia. Panna Młoda odprowadzana do ołtarza. Stuła łącząca dłonie zakochanych. Obrączki wsuwane drżącymi rękami. Najważniejsze „tak” w życiu. I - oczywiście - uroczysty pocałunek.
A tuż za kościelnym progiem? Posypywanie ryżem, życzenia od najbliższych i te piękne, uśmiechnięte twarze, niekiedy udekorowane perłami łez szczęścia.
I wtedy zaczyna się zabawa. Przybywamy do sali weselnej. Odbywa się pierwszy taniec Młodej Pary. Toasty i zabawa do rana. Gdzieś w międzyczasie - małżeńskie oczepiny. Kapela przygrywa a na stołach wciąż pojawiają się nowe półmiski ze wspaniałymi potrawami. Tak wiele osób cieszy się z Waszego szczęścia. To wszystko trzeba uchwycić. To wszystko trzeba zachować.
Noc poślubną można zarejestrować we własnym zakresie. Ja się nie podejmuję, bo i światło nie te i pora późna.
A na koniec - wspaniała, przepełniona ciepłymi kolorami sesja plenerowa. Wedle pomysłu Młodej Pary. By w symboliczny sposób rozpocząć nowe, bajkowe życie, u boku ukochanego księcia i ukochanej królewny.